Marek Bańczyk, "Metropolia"
Okno na oścież. Idzie wiosna. Idźmy z nią. Dalej i swobodniej niż zwykle. Na chwilę bierzemy rozwód z trybem analityczno-logiczno-ironicznym. Prostymi, bezpretensjonalnymi sztychami zarysujmy wizję. Może być lekko urżnięta i mocno zafascynowana sama sobą. Nie wszystko musi być ostrożne, zaplanowane i wykonalne. Czasem trzeba zrobić radykalny ruch otwierający. Wyzwolić mordę z kagańca realizmu małych kroków. Rzucić na taśmę. Wpaść w trans. Taki pierwotny szał tworzenia. Święto Wiosny. Żeby tak się stało, przede wszystkim trzeba zapomnieć. Że nie można. Świadomość samoograniczenia nie jest nam najczęściej potrzebna. Nie tylko nam zresztą. Znany i na dodatek – wiosenny – przykład ze świata mikrokosmosu to trzmiel. Trzmiel to nie koń. Trzmiel jakim jest, nie każdy widzi, bo trzmiel jest ciągle w ruchu. A jest w ruchu, bo nie wie, że ludzie ustalili, że nie może być w ruchu. Nie może, bo z wyliczeń aerodynamicznych wynika, że za ciężki ma kuper jak na owada. Że niby co wzleci, to spada. A jednak – trzmiel jak się uprze, to te wszystkie obliczenia ma głęboko w kuprze. Śmiga i tyle. Z podziwem patrzą na niego motyle. Nawet twórcy muzyki próbują kozacki lot trzmiela unieśmiertelnić. Jeśli nawet te dzielne owady wyginą, to dzięki jednemu rosyjskiemu kompozytorowi przyszłe pokolenia długo jeszcze będą wsłuchiwały się w spontaniczną maestrię trzmielowego śmigania. Śmignijmy i my. Zbudujmy miasto od zera. Zapomnijmy o znanych spektakularnych porażkach. Szczególnie o Brasilii – marzeniu Kubitschka, Costy i Niemeyera, o mieście-samolocie, które się nie wzniosło z pasa. Trzmiel się wznosi. Skoro jesteśmy w krainie ułudy, idźmy dalej, prosto do celu, po cudy. Dajmy sobie spokój z projektowaniem fabryk i hut. Zaprojektujmy tylko sedno życia – kreację. Zbudujmy tylko kreatywną esencję nowoczesnej metropolii. Nie – miasto które opiera się o sektory kreatywne, lecz miasto, które jest jednym wielkim sektorem kreatywnym. I to jakimś takim rzucającym się w oczy. Modnym. Szybkim i niezmordowanym. Jak z reklamy Citibanku: miasto, które nigdy nie śpi. Rozgorączkowane. Źrenice wielkości grochu i tachykardia. Narkotykiem miasta jest amfetamina. Dizajn przemysłowy czy dziedzictwo kulturowe to za mało energetyczne sektory dla takiego narwanego miasta naszych czasów. Homo insomniac potrzebuje więcej beatu, fleszów, podniecenia i poczucia pływu na centralny bieg wydarzeń. Takie pojenie oferują tylko media. Zbudujmy miasto mediów. omasz wchodzi na wizję. Trzask. Prask. Twórca tworzywo na żywo. ycie wypełzło z wody, idziemy jego śladem. Wyjdźmy a brzeg, a ściślej – na nabrzeże jakiejś rzeki. Tam rzyczajały się z reguły osady. Weźmy na początek jakiś ilometr kwadratowy ziemi – i... ..NIECH STANIE SIĘ MIASTO.
NIECH będzie sławne
Żeby tak się stało, musi w nim zamieszkać jakiś medialny gigant, który przyciągnie innych i swoją obecnością obwieści wszystkim mediom świata: ładujcie się tu, matołki, póki jest miejsce. Musi więc być to gigant nie tylko wielki gabarytowo, czyli potężny wielkością obrotów i rozległością terytorialnych macek. Musi mieć poważanie w środowisku. No to weźmy takie BBC – w powszechnej opinii wzór cnót medialnych, a do tego gigant. Jak to – nie można? Przypominam, że mamy Święto Wiosny i suniemy sobie na szagę przez pola niewiedzy i nieskrępowania. Mamy BBC i już. Właśnie podpisaliśmy list intencyjny, pojutrze podpiszemy umowę. Simpson i inni już się szykują do przeprowadzki. Ponad 1500 najważniejszych stanowisk z Londynu przenosi się do naszego Mediopolis. Welcome.
NIECH będzie gęste
Będzie BBC, przyjdą inni. Niekoniecznie z Virginii, ale pewnie przypełznie na pewno jakiś Sky News, a może też jakieś palanty z Atlanty, czyli CNN. I nie tylko. Dołączą zastępy następnych. Nie zbudujemy miasta na trzech lokatorach. Musimy nająć jakiegoś globalnego gracza, który wie, jak do wielkich projektów ściągnąć setki firm. My sami dysponujemy tylko np. agencją rozwoju regionalnego, więc wybierzmy sobie znów jakiegoś giganta do tanga. Taki Cushman&Wakefield na przykład. W końcu ci szanowni państwo robią nie tylko cytowane przez nas w nieskończoność doskonałe rankingi ECM, ale również świadczą jakieś usługi w zakresie nieruchomości. Są w tej branży najwięksi na świecie – ponad 200 oddziałów w 55 krajach. Pośredniczą w transakcjach rzędu miliona metrów kwadratowych rocznie. Pasują nam do drużyny. I oto dzwoni Cushman i mówi, że owszem. Mają już nawet dla nas firmy-lokatorów. Ponad tysiąc nowych przedsiębiorstw i to same takie, jakie chcemy. Mediowe. Kreatywne informacyjnie i koncepcyjnie pożywne. Oferujące profesjonalne usługi dla biznesu i takie tam. Damy im z 50 tysięcy metrów kwadratowych najnowocześniejszej powierzchni biurowej. Dorzućmy jeszcze połowę tego na studia realizacyjne i sale postprodukcyjne z XXII wieku. Jeśli nie wiemy, jak wygląda ten właśnie wiek, dobierzmy do współpracy jakąś czołową światową politechnikę. Wystarczy takie MIT. Chłopaki z Massachussets zawsze coś doradzą, tradycja zobowiązuje. Inaczej – wyrzucą ich z Massachussets, hen do Minnesoty na wieczne chłody i słoty.
NIECH będzie tłumne
Na początek mamy tylko jeden kilometr kwadratowy. Powtarzamy do znudzenia, że warunkiem tworzenia wysokiej wartości jest masa krytyczna. Sercem miasta – gęste centrum. A my tworzymy samo serce. Potrzeba nam więc do tego serca przynajmniej z 15 tysięcy ludzi. Samych medialnych fachowców i ich usługowych kontrahentów wszelkiej maści – od twórców reklamy po twórców fryzur, kelnerek, masażystów, stylistek i manikiurzystek. Na jednym kilometrze kwadratowym. Gdyby Poznań był tak tłumnie zaludniony, miałby prawie cztery miliony mieszkańców, ale nie jest, więc – nie ma. A my – jesteśmy i mamy – ponad 15 tysięcy specjalistów. Pamiętajmy, że to ludzie z rozmachem. Dajmy im tak z pół miliona metrów kwadratowych na mieszkanie i rozrywkę.
NIECH będzie aktywne
Tkanka musi drgać, inaczej – gnije. Żeby nasze miasto dygotało ludzkim tętnem, musi mieć za co. Pieniądze może szczęścia nie dają, ale na pewno umożliwiają pogoń oraz obławę za szczęściem i czasem zahukane szczęście daje za wygraną, bo co się ma męczyć, biedactwo. Ściągnijmy takie firmy, które tym wszystkim białym kołnierzykom zapłacą porządne pieniądze, żeby gonili i obławiali. Najlepsi – niech zarabiają nawet kilka milionów rocznie. W sumie, samo miasto niech nam rocznie generuje powiedzmy z miliard złotych czystej nowej wartości dodanej. W regionie – niech się generuje jakieś pięć miliardów PKB. PKB to miara ekonomicznego dziania się, a pięć miliardów przy naszej liczbie mieszkańców oznacza, że naprawdę będzie się działo. Gdyby Polska składała się z samych takich piętnastotysięcznych miasteczek, byłaby drugą gospodarką na świecie po USA, dużo większą od Japonii, nie mówiąc o takich drobnicach jak Chiny czy Niemcy. Jeśli nas czyta właśnie jakiś polski imperialny polityk, niechże zrozumie, że w tych czasach szabelkę kuje się w inny sposób.
NIECH będzie zasobne
Bogactwo i tworzenie bogactwa to nie to samo, ale ostatecznie – też nie znowu takie różne różności. Kto bogaty, ma najczęściej warsztat i wprawę, żeby dalej tworzyć, a kto tworzy – jakoś sobie prędzej czy wolniej bogactwo akumuluje. I nam się też będzie akumulowało. Przynajmniej z półtora miliarda nowych trwałych inwestycji. A przypomnijmy – nie budujemy fabryk ani hut. Kopalni ani przetaczalni surowców – także nie. Tworzymy przestrzeń dla przepływu myśli, a nie – rurociąg do pompowania ropy, gazu czy innego ścierwa światowych energetycznych konspiracji. Przestrzeń dla myśli lotnej nie kosztuje tyle, co wbijanie żelastwa pod morze takie czy owakie. My tu ładujemy pieniądze tylko w infrastrukturę tworzenia treści kreatywnych. Zróbmy na przykład jakieś centrum wspierania nowych medialnych biznesów, nazwiemy je szumnie Media Entreprise Center i wyposażymy równie szumnie za, powiedzmy, 50 milionów złotych. Na wdrożenia i centra nauki nie ma co żałować.
NIECH się kręci i niech wkręca młodych
Napływ świeżej krwi jest niezbędny. Ile wiosen się można pławić w takim medialnym bogactwie i narwaństwie? Każdy kiedyś kończy te głupie 90 lat i nie chce mu się już śmigać i śmigać. Dlatego co roku musimy przetaczać przynajmniej z 10% świeżej krwi, czyli jakieś 1,5 tys. praktykantów i stażystów. Niech się uczą, potem najlepsi i najbardziej spragnieni rozmachu życia tu wrócą. Postawimy im oczywiście szkołę wyższą, wystarczy nawet kilka dynamicznych wydziałów
– np. media. Sztuka i sektory kreatywne plus nauki społeczne. Postawimy jakieś nowoczesne w formie muzeum. Zbudujmy ciekawy most wcale nie zwodzony. Niech przyciąga i zwodzi z sąsiedniego brzegu do nas. W środku olbrzymi plac, cały upstrzony kafejkami i innymi urokliwymi zakątkami i cały w zasięgu wi-fi. Dla samotnych w sieci i zgrupowanych, żeby sobie mogli gaworzyć przez komunikatory.
No i NIECH lśni
Media nie znoszą szaromyszostwa. Media błyszczą kolorami. Mediopolis musi błyszczeć tym bardziej. Niech to jakoś ciekawie wygląda.
Nie da się? Nie ma jak? Niefajnie? Nierealnie? Nie mówimy, żeby taką bajkę stworzyć od razu. Ale powiedzmy – w cztery lata. Żeby zdążyć przed największą ściemą naszych czasów, czyli Euro 2012. Otworzymy Mediopolis właśnie w tym anegdotycznym już roku. Owszem, damy radę, nawet jeśli inni myślą o nas to, co fizycy o trzmielu. Damy radę, bo idzie
wiosna prosta, genialna i bezlitosna. A więc oszaleć trochę każdy może, a nawet powinien. Szaleństwo dodaje polotu nawet pozornym nielotom. Dlatego tak dobrze czasami poświrować. Powymyślać sobie mityczne, nierealne mediopolie i nie dać się dogonić przez tak zwaną rzeczywistość, czyli leniwą domenę Wojaków Szwejków. Niestety. W naszych czasach nie jest to takie proste. Próbowaliśmy poszaleć, ale nic z tego nie wyszło. Mediopolis to nie szaleństwo ani naćpana wizja szefa tej czy owej telewizji. To się realnie dzieje. To się właśnie wydarza. Projekt nazywa się mediacity:uk. NIE. Nie powstaje wcale w stolicy świata, czyli Londynie, ani w jej pobliżu. Powstaje w Salford, czyli na obszarze metropolitalnym miasta Manchester. Tego samego Manchester, które straszyło skojarzeniami z rewolucją przemysłową, kominami i budynkami z czerwonej cegły oraz zgrajami smutnych krzywo przyciętych chłopców w ciężkich butach. A teraz – śmiga. Wszystkie opisane cechy i założenia tego śmigania są prawdziwe. Liczby i nazwy własne – również. Inne są tylko daty – rzeczone cztery lata biegną na dystansie 2007-2011. Manchester nie jest zresztą jedynym projektem tego typu. Podobne toczą się m.in. w Dubaju i Seulu. I tutaj się kończy lot trzmiela. Wracamy w nasz mikrokosmos. No chyba, że już nam będzie za ciasno i jednak śmigniemy. W końcu, okno nadal otwarte, wiosna uwalnia testosteron i inne pogańskie hormony. A każda kreacja i każde życie poczyna i rodzi się gwałtownie.
PS: Za palantów z Atlanty uważam szefa i właściciela CNN Teda Turnera i sforę jego przydupasów. Oni już wiedzą dlaczego.